459 milionów złotych – tyle wyniosły łączne przychody polskich profesjonalnych klubów piłkarskich najwyższej fazy rozgrywek w poprzednim sezonie. Ile zarobią w tym? Wiele wskazuje na to, że dużo.

Według corocznego raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu” przygotowywanego przez firmę doradczą Ernst & Young i Ekstraklasę SA przychody klubów z najwyższej polskiej ligi rozgrywkowej rosną. Zdecydowanym liderem ostatniego rankingu była warszawska Legia, która osiągnęła poziom 114 mln zł i pokaźnie zdystansowała drugi w tabeli Lech Poznań (65 mln zł). Ogólny wzrost przychodów w cyklu rok do roku zanotowało 10 z 16 zespołów. – Futbol to dziedzina biznesu, która systematycznie wzrasta. Z kilku powodów: wyższych wpływów ze strony Ekstraklasy SA, zwiększania przychodów własnych (m.in. od sponsorów lokalnych, z transferów) oraz ze względu na racjonalną politykę rewizji ponoszonych kosztów – tłumaczy Bogusław Biszof, prezes zarządu Ekstraklasy SA.

Wyniki Legii, nieosiągalne dla reszty klubów, wypadają blado w porównaniu z europejskimi potentatami. Najbliższy rywal stołecznego klubu w Lidze Europy – Ajax Amsterdam – osiąga roczne przychody 106 mln euro (443 mln zł), przy zysku netto 18 mln euro (75 mln zł), a obracający największymi pieniędzmi Real Madryt – 5 mld euro (21 mld zł).

Pokonanie Ajaxu na boisku będzie dla Legii pierwszym krokiem w kierunku awansu do finansowej klasy średniej na europejskiej arenie, bowiem z murawy można podnieść naprawdę wielkie pieniądze. Za tegoroczny udział w LE zespół prowadzony przez Henninga Berga zarobił już 2,7 mln euro (11,3 mln zł). W razie podtrzymania dobrej passy i wygranej w finale rozgrywek klub może zarobić kolejne 7 mln euro (29,3 mln zł), co odpowiada rocznemu budżetowi klubów z czołówki Ekstraklasy. Do tego należy jeszcze doliczyć zyski ze sprzedaży biletów i wpływy z praw telewizyjnych. W opinii Bogusława Biszofa polskie kluby mają predyspozycje, by latach dogonić konkurencję. – Jako kraj mamy potencjał, by w rankingu UEFA awansować o przynajmniej kilka miejsc (dziś zajmujemy 21. miejsce – red.). W piłce nożnej wynik finansowy związany jest ze sportowym. Jeśli zbliżymy się do tych krajów sportowo, to i przychody będą większe. Ale nie stawiamy sobie celów, że np. za 5 lat będziemy na poziomie Belgii czy Holandii – mówi Biszof i dodaje, że rosnąca wartość kontraktów mediowych i marketingowych czy ruch na rynku transferowym w przerwie zimowej odzwierciedlają progres, jaki dokonał się w klubach i w całej Ekstraklasie.

>>> Czytaj również: Mundial, czyli gospodarczy samobój. Mistrzostwa świata pogłębiły recesję w Brazylii

Kolejnym źródłem zysków są wpływy od sponsorów, które według statystyk EY i Ekstraklasy SA stanowią 35 proc. ogółu klubowych przychodów. Kwoty tych umów bardzo rzadko ujawniane, ale wiadomo, że w grę wchodzą miliony złotych. Według nieoficjalnych źródeł warszawska Legia od firmy bukmacherskiej Fortuna otrzymuje co roku ok. 6 mln zł. Poznański Lech na współpracy z STS miał zarabiać ok. 2,5 mln zł za sezon, a wrocławski Śląsk dzięki umowie z Tauronem (która wygasła wraz z końcem tego sezonu) inkasował od 2,5 do nawet 4,5 mln zł rocznie.

Wielkie pieniądze generują także tzw. naming rights, czyli sprzedaż praw do nazwy stadionu. Tutaj także, podobnie jak w przypadku sponsorów technicznych i strategicznych, nie wszystkie kwoty są jawne. Szacuje się, że firma Pepsi za każdy sezon płaciła warszawskiej Legii ok. 6 mln zł. O milion złotych więcej otrzymuje gdańska Lechia od PGE, ze spółką energetyczną związała się na pięć sezonów.

Istotną część klubowych zarobków (ok. 15 proc.) stanowią wpływy z transferów. W letnim okienku najwięcej na sprzedaży zawodników zyskały poznański Lech i krakowska Wisła. Największym wygranym zimowego okienka jest Legia, która za ponad 8 mln zł sprzedała do Arsenalu Londyn 16-letniego Krystiana Bielika. Włodarze klubu zrobili dobry interes, bowiem zaledwie kilka miesięcy wcześniej kupili Bielika od Lecha Poznań – za 50 tys. zł. Część zysków ze sprzedaży młodego piłkarza warszawski zespół szybko wydał w Bydgoszczy, skąd za 800 tys. euro (3,5 mln zł) kupił Michała Masłowskiego. Na transferach dużo zyskał także wicelider Ekstraklasy, Śląsk Wrocław, który za 1,3 mln zł sprzedał do Lechii Gdańsk Sebastiana Milę.

Czytaj też: Kto zarabia najwięcej na sporcie

Na czym jeszcze mogą zarabiać kluby? Na sprzedaży klubowych gadżetów – i tu liderem jest Legia. Przed sezonem klub zakładał przychód z tego tytułu na poziomie 10 mln zł. Mniej powodów do zadowolenia przynoszą zyski z dni meczowych. Przyczyną jest słaba frekwencja, od lat będąca zmorą większości klubów Ekstraklasy. W rozegranych w tym sezonie 19 kolejkach najgorzej wypadły kluby mające duże obiekty. Na stadion Lecha i Legii przychodziło średnio ok. 14 tys. kibiców, przy pojemności wynoszącej kolejno 43 i 31 tys. miejsc. Jeszcze gorsze wyniki odnotowały: Lechia Gdańsk (13,3 tys.), Wisła Kraków (12,8 tys.) i Śląsk Wrocław (10,7 tys.). Przy pełnym obłożeniu do kasy klubów mogłoby trafiać jednorazowo od 1 do2 mln zł więcej, co w skali całego sezonu i perspektywie rozegrania 18–19 meczów na własnym obiekcie mogłoby się przełożyć nawet na podwojenie budżetu.