Po trzech kadencjach na stanowisku szefa Telekomunikacji Polskiej (teraz Orange Polska) France Telecom podziękował Maciejowi Wituckiemu za współpracę. Formalnie Polak ma odejść jesienią, ale decyzja zostanie prawdopodobnie ogłoszona wcześniej. Według "Pulsu Biznesu", który jako pierwszy poinformował o niespodziewanej zmianie na czele telekomunikacyjnego giganta, między Wituckim a Francuzami pojawiły się znaczące różnice zdań co do dalszej strategii firmy: o ile Polak chciał szukać nowych przychodów i sprzedawać dodatkowe usługi - od prądu po bankowość - o tyle szefowie France Telecom chcieli dalej oszczędzać i ostro ciąć koszty.

Interesy Francuzów w Polsce będzie więc teraz reprezentować Bruno Duthoit, były prezes Orange w Mołdawii i Armenii, który teraz pracuje dla grupy w Etiopii. W naszym kraju zadanie będzie miał ułatwione: trafi do stabilnej firmy o ugruntowanej pozycji. Witucki w 2006 roku tak łatwo nie miał.

Z bankowości do telekomunikacji

Do Telekomunikacji Polskiej - państwowego giganta, który miał złą opinię zarówno wśród klientów, jak i w branży telekomunikacyjnej - Witucki przyszedł z sektora bankowego. Po powrocie do Polski z Francji, gdzie w École Centrale najpierw studiował, a potem był pracownikiem naukowym, Witucki trafił bowiem do finansów. Przez 5 lat pracował w banku Cetelem Polska, a następnie w zarządzie Lukas Banku, którego w 2005 roku został prezesem.

Obserwatorzy zastanawiali się, co skłoniło France Telecom do zatrudnienia 39-letniego wtedy Wituckiego. Podejrzewano, że przekonało ich jego doświadczenia zdobyte nad Sekwaną, stawiano też na układy polityczne. Sam Witucki twierdził, że chodziło o to, żeby na czele największej krajowej spółki telekomunikacyjnej stanął wreszcie menedżer, a nie ekspert od stacji bazowych.

Jak odchudzić molocha

Rządy w TP Witucki zaczął od zrobienia porządków w firmie, która traciła rynek, a jej dochody wciąż malały. Nowy prezes przede wszystkim zintegrował część stacjonarną TP z mobilną, czyli starą Tepsę z Centertelem. Poszły za tym znaczne zwolnienia, jednak Witucki zdołał porozumieć się ze związkami zawodowymi.

Zmniejszenie liczby pracowników przyniosło firmie tak potrzebne oszczędności. Przychody grupy między 2006 r. a 2007 r. wprawdzie spadły, jednak tylko o 2 proc. Ważniejsze było jednak to, że Wituckiemu udało się zwiększyć zysk netto spółki o 8,5 proc.

Witucki dogaduje się ze Streżyńską

Jednak przełomowym momentem w transformacji, jaką przeszła TP pod kierownictwem Wituckiego, było porozumienie z Urzędem Komunikacji Elektronicznej.

Do konfrontacji nowego prezesa TP z Anną Streżyńską doszło zaraz po objęciu stanowiska przez Wituckiego. Szefowa UKE za jeden z głównych celów postawiła sobie zwiększenie konkurencji na rynku telekomunikacyjnym i udało się jej to - zmusiła TP do udostępnienia należącej do niej infrastruktury konkurentom po cenach, jakich największy operator nie chciał zaakceptować.

Witucki przyjął wobec Urzędu postawę konfrontacyjną. Jedną z konferencji w tamtym czasie TP zaczęła od puszczenia melodii z filmu „Czterej pancerni i pies”, a sam prezes spółki deklarował, że dzień zaczyna od wejścia na stronę internetową UKE, by sprawdzić, czy jego firma nie dostała kolejnej kary. Podobno zresztą Witucki do dziś przechowuje w biurze pierwszą stronę jednego z dzienników ze swoim zdjęciem i podpisem "Za błędy monopolisty zapłaci prezes". Chodziło o 1,5 mln zł kary, którą Witucki miał zapłacić rzekomo z własnej kieszeni.

Spór Wituckiego ze Streżyńską był bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych konfliktów między firmą a urzędem we współczesnej Polsce. Zakończył się, gdy Witucki okrzepł trochę na stanowisku telekomunikacyjnego giganta. Nie bez wpływu na pokojowe nastawienie Wituckiego był też fakt, że nadciągał kryzys i przed spółką pojawiły się nowe wyzwania.

Podpisane wtedy porozumienie pomiędzy TP a UKE na nowo zdefiniowało polski rynek telekomunikacyjny. TP zobowiązała się do niedyskryminacji operatorów alternatywnych korzystających z jej infrastruktury oraz modernizację (lub wybudowanie) 1,2 mln łączy internetowych.

Na tej umowie najlepiej wyszli klienci, zyskując dostęp do szybkiego internetu. TP pod kierownictwem Wituckiego wywiązała się bowiem z umowy - powstał już 1 mln nowych linii do szybkiego internetu, a właśnie kończy się budowa kolejnych 220 tysięcy.

Nadchodzi Orange

Zakopanie topora wojennego z UKE oddaliło też groźbę podziału TP na dwie firmy  - hurtową i detaliczną - i dało tym samym Wituckiemu możliwość dalszego rozwoju firmy. TP, kiedyś zorientowana przede wszystkim na produkty, nowe usługi i technologię, w coraz większym stopniu zaczęła koncentrować się na kliencie.

Wiązał się z tym rebranding, czyli zmiana marki z Telekomunikacji Polskiej na Orange w maju 2012 roku. Sam Witucki w wywiadzie dla DGP rok temu zapewniał, że za starą nazwą nie tęskni. I deklarował, że przejście z TP na Orange nie polegało tylko na zmianie szyldu i drobnej kosmetyce oferty. "Stworzyliśmy unikatową kategorię na rynku, czyli „Orange Open”. W jednej ofercie klient otrzymuje zarówno mobilny, jak i stacjonarny dostęp do internetu, telefonii i telewizji. Absolutnie niczego nie brakuje. Nasza oferta telewizyjna jest porównywalna z rynkowymi liderami, a nasz internet sięga 80 Mb/s. Klient ma wszystko, czego potrzebuje: rozrywkę, media i telekomunikację, a im więcej sobie zażyczy, na tym większy może liczyć rabat. Tego nie ma konkurencja" - zapewniał prezes Orange Polska.

Na pewno zmiana nazwy okazała się sukcesem pod względem wizerunkowym. Dziś Orange Polska jest liderem na polskim rynku z ponad 14,4 mln klientów, jednak firmę czekają kolejne zmiany - już z nowym szefem na czele.

Witucki musi teraz znaleźć sobie nowe zajęcie, co nie będzie dla niego problemem. Jak na czterdziestosześciolatka ma za sobą bowiem imponujące doświadczenie w kierowaniu wielkimi spółkami, jest też wyjątkowo ambitny. Pojawiły się pogłoski, ze wkrótce obejmie poważne stanowisko w dużym biznesie. W grupie Orange czy może poza nią?