W branży komputerowej o wrocławskim studiu Techland było i jeszcze będzie w tym roku głośno. Zapowiedź nowej części strzelanki „Call of Juarez”, której akcja toczy się w okrytym złą sławą Ciudad Juarez, pojawiła się... w dwa dni po wielkiej strzelaninie w meksykańskim mieście. Tamtejsze władze zarzuciły firmie wykorzystywanie tragedii do promocji gry.

Nie mniejsze emocje budzi nadchodząca wielkimi krokami „Dead Island”. W Stanach Zjednoczonych organizacja ESRB, oceniająca zawartość gier i wyznaczająca granice wiekowe graczy, nakazała zmianę okładki na mniej drastyczną, bo wcześniej w logo „Dead Island” wkomponowano postać wisielca.

Lepiej niż Blizzard

O tym, że branża gier komputerowych jest piekielnie wymagającym biznesem, doskonale wie założyciel Techlandu Paweł Marchewka, któremu droga do sukcesu zajęła ponad 20 lat. Trzymał się jednej dewizy. – Nie wystarczy zachwycić klientów swoim produktem, trzeba ich nadzachwycić – mówi. To dlatego kolejne gry wydawane przez Techland okazują się kasowymi hitami w Polsce i na świecie.

Obchodząca w tym roku 20-lecie firma z Wrocławia już w zeszłym roku awansowała w prestiżowym rankingu 100 Top Developers (tworzonym na podstawie wyników kasowych osiągniętych przez studia z całego świata na rynku brytyjskim – trzecim co do wielkości rynku gier) na 58. pozycję. Nie dość, że Techland jest jedynym deweloperem z Europy Środkowo-Wschodniej, który załapał się do rankingu, to jeszcze zdążył wyprzedzić znane na całym świecie studio Blizzard, producenta serii popularnych gier strategicznych „Warcraft”. – To zasługa pracujących u nas ludzi, ambitnych i zorientowanych na cel. Bez nich nawet najdoskonalsze plany byłyby niemożliwe do realizacji – tłumaczy Marchewka.

Nie lubi ryzyka

Swoją przygodę z grami komputerowymi zaczął w podstawówce, kiedy regularnie odbywał kursy z Ostrowa Wielkopolskiego do Wrocławia – tylko po to, by na tamtejszej giełdzie komputerowej zdobyć upragnioną grę. W końcu stwierdził, że na własnej pasji da się zarobić. – Zaproponowałem lokalnemu sklepowi współpracę. Zacząłem dostarczać dyskietki z nagranymi wcześniej przeze mnie programami na amigę – opowiada Marchewka.

Wkrótce jednak w polskim prawie uregulowano kwestie ochrony własności intelektualnej, więc nastoletni przedsiębiorca musiał zmienić profil działalności. Na jakiś czas zajął się dystrybucją oprogramowania typu public domain (do którego nie stosuje się ograniczeń wynikających z majątkowych praw autorskich) oraz zaczął kupować zagraniczne licencje.

Szybko się jednak okazało, że dla Marchewki to zdecydowanie za mało. – Pojawiła się perspektywa dobrego biznesu. Chcieliśmy stworzyć coś swojego, zmienić się z pośrednika w producenta – mówi. Dlatego w 1991 r. w rodzinnym Ostrowie założył Techland, który dziś ma swoje oddziały także we Wrocławiu i w Warszawie.

Przełom w działalności firmy nastąpił w 2003 r., kiedy na potrzeby gry „Chrome” Techland opracował pierwszy polski silnik graficzny (stworzenie go to inwestycja ok. 400 tys. dol., a w niektórych przypadkach wielokrotność tej sumy). Z wciąż udoskonalanego silnika na zasadach licencyjnych korzystają inne polskie studia deweloperskie, m.in. City Interactive.

Zdaniem Marcina Kosmana, redaktora naczelnego serwisu Gamezilla.pl., prezes Techlandu znakomicie odnalazł się na wartym pół miliarda złotych polskim rynku. – Marchewka nie ma żyłki ryzykanta, nie zainwestuje pieniędzy w coś, w czego sukces nie wierzy. Sam Techland raczej unika skandali i sensacji, a kontrowersje wokół ostatnich gier nie były wywołane celowo, bo w końcu nie takie rzeczy branża już widziała. Ale jak widać, taka strategia Techlandowi się opłaca – mówi.

– Naszym celem od początku było trafienie do graczy na całym świecie i teraz możemy już z przekonaniem stwierdzić, że się udało – twierdzi Marchewka.